Czy to będzie tekst o szkoleniowcu nieudaczniku, który zapisał się niechlubnie w historii piłki nożnej rekordowym nagromadzeniem przegranych? Nie, to artykuł o każdym z nas i o tej części naszej pracy, której nie lubimy najbardziej, a która może dać nam najwięcej.

W stwierdzeniu, że nikt nie lubi przegrywać, jest tak wiele trywialnego wręcz banału, że z trudem przychodzi jego przywołanie. Prawda jest jednak taka, że przegrywać nie tylko nie lubimy, ale również nie potrafimy. I nie chodzi tu tylko o te pierwsze reakcje zaraz po ostatnim gwizdku sędziego. Kopanie bidonów, ostentacyjne omijanie wyciągniętej dłoni rywala, uciekanie do szatni ze spuszczoną głową i wzrokiem tak nieprzyjaznym, że sami na swój widok na ulicy natychmiast przeszlibyśmy na drugą stronę. To wszystko nieakceptowalne i patologiczne przykłady nieradzenia sobie z niepowodzeniem, ale stanowią one inny wymiar problemu z przegrywaniem. Ten, o którym piszę tutaj, dotyczy tego, co dzieje się dalej, kiedy kurz po bitwie już opadnie.

Każda porażka to pigułka z wiedzą. Może nie jest to mała i słodka drażetka, a raczej gorzka tabletka, ale niezależnie od jej smaku, nie wolno nam lekceważyć niesionego przez nią przekazu. Jak bardzo trywialnie by to nie brzmiało, każda przegrana ma swoje przyczyny. Czasami będą to przyczyny czysto obiektywne – kiedy naprzeciw siebie staje nafaszerowany zawodnikami o największym w skali danych rozgrywek potencjale lider tabeli i zespół broniący się przed spadkiem, przyjeżdżający z poważnymi osłabieniami, to rozkład sił i szans na zwycięstwo nie będzie rzecz jasna równy. I to mimo często przywoływanej przeze mnie prawidłowości, która wskazuje piłkę nożną jako dyscyplinę zespołową z jedną z największych frekwencji wyników nieprzewidywalnych, a więc innych niż zwycięstwo murowanego faworyta. Czasami nawet przy maksymalnej poprawności w realizacji planu zespołowego, przestrzeganiu budujących model gry zasad i subzasad, zwycięstwo najzwyczajniej w świecie nie leży w zasięgu naszej drużyny ze względu na gigantyczną dysproporcję umiejętności taktycznych, technicznych i cech wolincjonalnych między naszymi zawodnikami a rywalami. Nie zwalnia nas to, oczywiście, od krytycznej analizy meczu, ale bierzemy wówczas pod uwagę powyższe czynniki.

8 marca 2017

Co innego, kiedy różnice między rywalami nie są aż tak jednoznaczne, a jednak zawody kończą się naszą porażką. Wówczas wszystkie te nieprzyjemne reakcje, które wymieniłem wcześniej, są do pewnego stopnia uzasadnione (co nie równa się ich usprawiedliwieniu), ponieważ tym większym zawodem jest przegrana. Unai Emery do 8 marca 2017 r. uchodził w Europie za trenerskiego cudotwórcę. W latach 2013-2016 zamienił Sevillę FC w maszynkę do regularnego triumfowania w Lidze Europy. Klub z Andaluzji stał się potentatem tych rozgrywek, wygrywając je trzy razy z rzędu, a sam Emery szybko został jednym z najbardziej pożądanych trenerów na kontynencie. Latem 2016 r. zdecydował się na przenosiny do mającego gigantyczny budżet i jeszcze bardziej mocarstwowe plany Paris Saint Germain. Występy zespołu w rozgrywkach Ligi Mistrzów wydawały się potwierdzać, że wybór Emery’ego na szkoleniowca to krok w dobrą stronę. Zespół ze stoicy Francji co prawda tylko dwa razy do wspomnianego 8 marca zachował czyste konto, ale też ani razu nie przegrał, a na rewanżowy mecz 1/8 finału rozgrywek do Barcelony jechał jako zdecydowany faworyt po rozgromieniu na swoim boisku Blaugrany 4:0. \

Wszyscy wiemy, co zdarzyło się między 20.45 a 22.20 w święto kobiet w 2017 r. Barcelona jako pierwszy zespół w historii europejskich pucharów dokonała tego, co wydawało się niemożliwe i odrobiła stratę czterech bramek z pierwszego meczu, aby po dość kontrowersyjnych zawodach (przynajmniej jeden z rzutów karnych dla gospodarzy budzi spore zastrzeżenia) zwyciężyć 6:1. Niemożliwe stało się możliwym, a Emery z piłkarskiego nieba trafił do przedsionka piekła. On, ten jeden z ostatnich trenerów łączących nowoczesne rozwiązania z tradycyjnym sposobem organizacji pracy. Podczas gdy większość topowych szkoleniowców świata korzysta dziś w dziedzinie analizy ze sztabu współpracowników i oddelegowanych na ich potrzeby działów w klubach, Emery jest zwolennikiem daleko idącej samodzielności w tym zakresie. Do dziś ma w zwyczaju zamykać się z godzinami nagranych meczów rywala, aby przygotować materiał na odprawy dokładnie według swojej wizji. Następnie to dość klasyczne podejście przekuwa w nowoczesne rozwiązania. Przykładem choćby pierwszy mecz między PSG a Barceloną w 1/8 finału Ligi Mistrzów, kiedy gospodarze imponowali nie tylko pod względem cech wolincjonalnych, ale przede wszystkim niezwykle uporządkowanymi reakcjami w fazach przejścia atak – obrona i (zwłaszcza) obrona – atak. Wysoko zakładany pressing, odbiory dokonywane w miejscu straty w czasie przeważnie nie przekraczającym 5-7 sekund od pożegnania się z futbolówką, mobilność zawodnika z pozycji sześć i antycypacja w ustawianiu we wszystkich fazach gry – jeśli ktoś chce dziś definiować nowatorskość w futbolu, nie może uciec od odwołania się do tych zawodów.

A jednak ten sam Emery, mający jeszcze lepsze rozpoznanie rywala po pierwszym meczu, na rewanż wybrał kompletnie inne rozwiązania, ustawił swoich zawodników w wiążących ich działania kompakcie tuż przed polem karnym, cofając często nawet ustawionego teoretycznie najwyżej Cavaniego, co poza trzema sytuacjami praktycznie wyeliminowało jedną z najgroźniejszych broni w arsenale PSG – zabójczy kontratak. Dość powiedzieć, że 45% czasu meczu piłka znajdowała się w tercji defensywnej gości, a stosunek posiadania wynosił 71% do 29%. To nie była porażka, to był piłkarski pogrom. Kiedy jednak na głowę Hiszpana sypią się gromy, a produkowane masowo internetowe memy wyśmiewają samego szkoleniowca i jego zawodników, istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że od 8 marca Emery jest trenerem znacznie lepszym, niż był jeszcze dzień wcześniej. Lepszym, bo na pewno już nigdy w meczu o taką stawkę nie podejmie tych wyborów.

Mieliśmy przewagę jednej bramki po pierwszej połowie, lecz powiedziałem zawodnikom, aby nadal naciskali i pozostali w natarciu. TRZEBA ZAWSZE IŚĆ DO PRZODU. Drużyna pokazała wielkiego ducha walki.

Unai Emery
HISZPAŃSKI TRENER I BYŁY PIŁKARZ

W lustrze porażki, w oknie zwycięstwa

Lubimy się nad sobą użalać. A to mecz „przegrał” nam sędzia, który się na niczym nie zna, a to rywale nie zadbali o stan murawy i piłka skakała. Oczywiście zawsze do nich. Oczywiście ich bramki są przypadkowe, bo są tylko farciarzami, a nasz zespół wygrał by dziewięć na dziesięć spotkań z nimi, ale akurat pech chciał, że trafił się ten jeden mecz z niesprawiedliwym rezultatem. Trenerzy, którzy najpierw łatwo chowają się w pancerzu gniewu, a następnie budują alternatywną mitologię z martyrologicznym wątkiem naszego zespołu jako oszukanego, pokrzywdzonego, zhańbionego, ale niezmiennie bohaterskiego, nie czynią swoich piłkarzy lepszymi, a ich opowieści nie sprawiają, że zawodnicy dokonują postęp. Zamiast iść naprzód zamykają się w świecie podejrzliwości, doszukiwania się drugiego dna, oskarżania innych i przekonania o własnej nieomylności.

Każdy z nas ma prawo do złości, odczuwania niesprawiedliwości czy żalu, ale problem zaczyna się, jeśli pozostajemy na tym etapie po porażce. Gdy, zamiast rzeczowo podjąć analizę i znaleźć systemowe przyczyny przegranej, wieńczymy temat stwierdzeniami życzeniowymi i opowieściami o przypadku czy nieobiektywności sędziego. Jest taki obrazek, który na długo pozostanie w moich oczach. Trwa jeden z meczów Ekstraklasy, a zespół walczący o mistrzostwo kraju, prowadzony przez zagranicznego trenera, który jeszcze kilka tygodni wcześniej był uznawany za specjalistę od zwyciężania, przegrywa na 20 minut przed końcem zawodów i nie może skonstruować składnej akcji. I właśnie w tej chwili, kiedy piłkarze potrzebują szkoleniowca bardziej niż kiedykolwiek – nie jako źródła wskazówek, ale jako drogowskaz niezachwianej wiary w powodzenie, ten chowa ręce w kieszeni i odwraca się od boiska. Nie ma gorszego widoku dla walczącego zawodnika niż obraz trenera, którego mowa ciała oznajmia tylko jedno: wszystko na nic, już polegliśmy… Taki szkoleniowiec nie ma prawa wymagać od piłkarzy dalszego zaangażowania, jeśli sam prezentuje brak wiary i reakcji na wyjście z niego. Mecz wciąż trwa i można jeszcze wiele zmienić. Gdyby wspomnianego już 8 marca piłkarze Barcelony i jej trener, Luis Enrique, w momencie kiedy PSG strzeliło bramkę ustawiającą wynik na 3:1 dla gospodarzy i nakładający na nich konieczność zdobycia kolejnych trzech dla awansu, na chwilę zwątpili, nie opowiadalibyśmy dziś o spotkaniu, które na zawsze przeszło do historii piłki nożnej, a my nie byliśmy szczęściarzami, którzy obejrzeli je na żywo.

Istnieje prosta reguła dotycząca okna i lustra. Mówi ona mniej więcej tyle, że kiedy wygrywany, rozejrzyjmy się (przez okno), komu najbardziej zawdzięczamy sukces i nie zapomnijmy docenić go oraz podziękować. Z kolei po przegranej najpierw spójrzmy w lustro i zastanówmy się, czy nie wynika ona przede wszystkim z naszych błędów, złych decyzji, nieodpowiednich reakcji na wydarzenia, a dopiero w dalszej kolejności szukajmy innych przyczyn niepowodzenia. Emery na pewno spędził już wiele godzin nad analizą meczu z Barceloną i przejrzał się dobrze w swoim trenerskim zwierciadle. Wieńczące te rozważania zdania może więc z pozoru brzmieć paradoksalnie, ale w kontekście powyższych rozważań wydaje się bronić: lepszymi trenerami nie czynią nas zwycięstwa, ale nasze porażki. Oczywiście, o ile potrafimy z tych ostatnich wyciągać wnioski.

[ . . . ]

Aby przeczytać artykuł w wersji elektronicznej, musisz posiadać opłaconą prenumeratę w wersji PREMIUM lub PREMIUM+.

PRZEJDŹ DO PEŁNEJ WERSJI ARTYKUŁU

 Strona 52  Strona 53  Strona 54

ZOBACZ ARTYKUŁY O TEJ SAMEJ TEMATYCE

Trenerzy często tłumaczą swoje sukcesy i porażki – a w szczególności te seryjne – tzw. zasadą albo efektem pędu (ang. psychological momentum). Podczas konferencji prasowych lub rozmów w kuluarach posługują się stwierdzeniami bezpośrednio nawiązującymi do tej zasady. Mówią: „Jesteśmy na fali wznoszącej” albo: „Po słabym początku odzyskaliśmy impet”, „Przeciwnik postawił twarde warunki i całkowicie nas zdominował”, „Jak się wali, to wszystko”. Chociaż z autopsji zarówno...

Mocno wierzę w potęgę umysłu. Jeśli będziemy trenować swój umysł tak, jak robimy to z naszym ciałem i mięśniami, to wtedy w pełni możemy wykorzystać swój potencjał. Wyznaję właśnie takie podejście do życia i ono pozwala mi zmaksymalizować swoje możliwości nie tylko fizyczne, ale i mentalne, emocjonalne i duchowe. Codziennie wykonuję pewne ćwiczenia, o których nie zapominam, bo dzięki nim czuję się dobrze, jestem spokojny i szczęśliwy1.

Novak Djoković