Pojęcie to zrodziło się pod koniec XX wieku w Stanach Zjednoczonych, z jednej strony jako protest wobec dominującej psychologii negatywnej, z drugiej zaś – jako reakcja na pogarszanie się wskaźników społecznych w najwyżej rozwiniętych gospodarczo krajach, szczególnie właśnie w Stanach Zjednoczonych.

Pomimo wzrostu zamożności szerzy się epidemia depresji wśród osób młodych, rośnie liczba rozwodów, nasila się konsumpcjonizm, psują się obyczaje, rośnie liczba samobójstw, a także przestępstw przeciwko zdrowiu i życiu, spadają wskaźniki osiągnięć szkolnych. Coraz częściej ludzie zastanawiają się i szukają odpowiedzi, jak żyć, żeby zachować zdrowe zmysły i móc funkcjonować z przekonaniem, że zrobili to, co do nich należało, najlepiej jak mogli, a połączenie ich pracy i życia prywatnego ma głęboki sens. Na te i inne pytania próbuje odpowiedzieć psychologia pozytywna i jej twórcy. Amerykański psycholog Martin Seligman, główny jej inicjator, zakłada, że ten nurt psychologii odpowiada na pytania – na czym polega dobre życie, jak poszukiwać drogi do niego, czy zadowolenie z życia można rozwijać, wzmacniać, doskonalić i co to w ogóle znaczy – żyć szczęśliwie. Kwestie te zyskują na wartości w dzisiejszych czasach, a psychologia pozytywna staje się coraz bardziej popularna. Jest adresowana do ludzi zdrowych, aktywnych, nastawionych na rozwój swojego potencjału, nie kojarzy się zaś z potocznym rozumieniem psychologii skierowanej do chorych, zaburzonych, wymagających interwencji psychoterapeutycznej osób. Stąd zastosowanie psychologii pozytywnej także w świecie sportu.

Czy psychologię pozytywną można wykorzystać w praktyce?

Geelong Grammar School, koedukacyjna szkoła z internatem w Australii pokazuje, że można. Zdecydowała się na pionierski krok, wraz z zespołem Seligmana podejmując odpowiednie działania i włączając psychologię pozytywną do wszystkich aspektów własnego programu edukacyjnego. W ten sposób głównym działaniem szkoły stało się pobudzanie wrodzonych zdolności dzieci, zainteresowań, wzbogacanie doświadczeń, samodzielna praca, natomiast wiedzę zdobywa się tu niejako przy okazji. Niezbędnym elementem jest doświadczenie (learning by doing), a więc uczenie się przez rozwiązywanie problemów w konkretnym kontekście, w którym dana osoba funkcjonuje. I tak zostały opracowane kursy dopasowane do poszczególnych klas.

Szczególnie interesujący kurs przygotowano dla uczniów klas IX, którzy rok szkolny spędzają w Timbertop, oddzielnym kampusie położnym w Alpach Australijskich. Specyficzny program nauczania nastawiony jest na współżycie uczniów z otaczającą ich przyrodą, wartości związane z pracą w grupie oraz na stawianie czoła różnego rodzaju wyzwaniom, także wymaganiom fizycznym. Program zakończony jest 28-kilometrowym biegiem przez góry, do którego uczniowie są indywidualnie przygotowywani przez cały rok szkolny. Jego celem nie jest jak najszybsze pokonanie tego dystansu, a samo jego ukończenie i w konsekwencji uświadomienie uczniom ich potencjału. Głównym dążeniem całego kursu w Timbertop jest wzmocnienie odporności na niepowodzenia. Uczniowie dowiadują się, jak na problem mogą spojrzeć z innej perspektywy oraz jak mają przeciwstawić się nadmiernemu generalizowaniu i personalizowaniu. Dodatkowo zwraca się uwagę na pomnażanie pozytywnych emocji, między innymi przez utrzymywanie odpowiedniej proporcji między pozytywnymi i negatywnymi doświadczeniami emocjonalnymi (3:1).

[ . . . ]

Aby przeczytać artykuł w wersji elektronicznej, musisz posiadać opłaconą prenumeratę w wersji PREMIUM lub PREMIUM+.

PRZEJDŹ DO PEŁNEJ WERSJI ARTYKUŁU

 Strona 52  Strona 53  Strona 54  Strona 55

ZOBACZ ARTYKUŁY O TEJ SAMEJ TEMATYCE

W powszechnym rozumieniu rywalizacji sportowej utarło się, że gospodarz zawsze ma trochę łatwiej – nie musi podróżować, zna obiekt jak własną kieszeń, do tego jeszcze często stoją za nim zagorzali kibice, którzy nie bez kozery skandują: „Gramy u siebie, gramy u siebie!”, aby dodać swoim zawodnikom otuchy i wsparcia. Wszystko zdaje się działać na korzyść miejscowego. Jednak czy zjawisko zwane atutem własnego boiska (ew. parkietu, lodowiska, toru, kortu itp.) rzeczywiście istnieje? A jeśli tak, to z czego wynika...

Jestem z pokolenia, które dorastało w czasach tworzenia się polskiej sceny hip-hopowej. Gdy chodziłem do szkoły podstawowej, słuchałem każdej kasety z tą muzyką, która wpadała mi w ręce. Chłonąłem każde słowo, a potem powtarzałem rymowane teksty pod nosem na szkolnym korytarzu. Wtedy chyba najbardziej podobało mi się to, że raperzy byli zbuntowani, a w swoich piosenkach używali wielu przekleństw.