W powszechnym rozumieniu rywalizacji sportowej utarło się, że gospodarz zawsze ma trochę łatwiej – nie musi podróżować, zna obiekt jak własną kieszeń, do tego jeszcze często stoją za nim zagorzali kibice, którzy nie bez kozery skandują: „Gramy u siebie, gramy u siebie!”, aby dodać swoim zawodnikom otuchy i wsparcia. Wszystko zdaje się działać na korzyść miejscowego. Jednak czy zjawisko zwane atutem własnego boiska (ew. parkietu, lodowiska, toru, kortu itp.) rzeczywiście istnieje? A jeśli tak, to z czego wynika...

Konwencje i przepisy

Przewaga gospodarza to więcej niż niepisana zasada. Uznawana jest bowiem przez przepisy sportowe w wielu dyscyplinach, tak aby rozgrywki były możliwie najbardziej sprawiedliwe. Dlatego zwykle w sezonie ligowym każda drużyna mierzy się z każdą po dwa razy – u siebie i na wyjeździe. W piłce nożnej – w przypadku remisu w dwumeczu pucharowym – gole strzelone na wyjeździe liczą się podwójnie, a więc zakłada się, że zdobycie bramki na boisku rywala jest trudniejsze i przez to bardziej wartościowe. W innych dyscyplinach równie poważnie traktowany jest atut własnego boiska. W rozgrywkach, w których dochodzi do fazy play-off, na przykład w polskich ligach koszykówki, siatkówki, żużla czy hokeja na lodzie, runda zasadnicza tak naprawdę jedynie ustala atut własnego boiska w decydujących meczach sezonu. Drużyna, która zakończyła ją na wyższym miejscu, ma zagwarantowane, że ostatni mecz w danej fazie pucharowej zostanie rozegrany na jej hali, lodowisku albo torze. Może to niuans, ale w serii do trzech albo do pięciu zwycięstw może być języczkiem u wagi, decydującym o awansie do kolejnej rundy, a nawet o zdobyciu mistrzostwa.

Gospodarze zachodzą daleko

Historia największych imprez sportowych pokazuje, że gospodarze na swoim terenie rzeczywiście radzą sobie bardzo dobrze. Chociaż w mistrzostwach świata w piłce nożnej na dwadzieścia rozegranych do tej pory turniejów gospodarze zwyciężyli tylko sześć razy, to niemal za każdym razem zachodzili daleko. Aż trzynaście razy znajdowali się przynajmniej w półfinałach, a siedemnaście razy w ćwierćfinałach tej prestiżowej imprezy.

Podobnie jest w przypadku igrzysk olimpijskich. Kraje występujące w roli organizatora zwykle wypadają bardzo dobrze – albo wygrywają tabelę medalową (np. Rosja w Soczi 2014, Kanada w Vancouver 2010, Chiny w Pekinie 2008) albo radzą sobie doskonale w stosunku do swojego potencjału lub dotychczasowych osiągnięć (np. Wielka Brytania w Londynie 2012, Grecja w Atenach 2004, Australia w Sydney 2000). Wyjątkiem potwierdzającym regułę jest Kanada, organizator igrzysk w Montrealu 1976, która jako jedyny gospodarz igrzysk w historii nie zdobyła żadnego złotego medalu.

[ . . . ]

Aby przeczytać artykuł w wersji elektronicznej, musisz posiadać opłaconą prenumeratę w wersji PREMIUM lub PREMIUM+.

PRZEJDŹ DO PEŁNEJ WERSJI ARTYKUŁU

 Strona 56  Strona 57  Strona 58  Strona 59

ZOBACZ ARTYKUŁY O TEJ SAMEJ TEMATYCE

Pojęcie to zrodziło się pod koniec XX wieku w Stanach Zjednoczonych, z jednej strony jako protest wobec dominującej psychologii negatywnej, z drugiej zaś – jako reakcja na pogarszanie się wskaźników społecznych w najwyżej rozwiniętych gospodarczo krajach, szczególnie właśnie w Stanach Zjednoczonych.

Jestem z pokolenia, które dorastało w czasach tworzenia się polskiej sceny hip-hopowej. Gdy chodziłem do szkoły podstawowej, słuchałem każdej kasety z tą muzyką, która wpadała mi w ręce. Chłonąłem każde słowo, a potem powtarzałem rymowane teksty pod nosem na szkolnym korytarzu. Wtedy chyba najbardziej podobało mi się to, że raperzy byli zbuntowani, a w swoich piosenkach używali wielu przekleństw.